Placówki w Polsce

Marianie w Polsce

Rosica

211 641 v. Rosica, Centralnaja 65,
Verkhniadzvinski r-n, Vitebskaja vobl.,
Belarus,
(+375-215) 126-846

Opis placówki

Niezwyciężone płomienie miłości

W lutym br. mija 60. (tekst powstał w 2003 roku - przypis marianie.pl) rocznica tragedii Rosicy - niewielkiej wsi na terenie Białorusi, położonej za Dźwiną, niedaleko m. Dryssa (obecnie - Wierchniedwińsk). W dniach 16-19 lutego 1943 roku, w ramach karnej ekspedycji przeciwko partyzantce białoruskiej, hitlerowcy, wespół z oddziałami ochotniczymi policji, dokonali w tej miejscowości pacyfikacji ludności cywilnej. Podczas operacji spalono dziesiątki wsi razem z ich mieszkańcami - dziećmi, kobietami, staruszkami; część kobiet w młodszym wieku wywieziono do obozu Sałaspiłs pod Rygą. W płomieniach Rosicy zginęli także katoliccy misjonarze - księża z zakonu oo. marianów Jerzy Kaszyra i Antoni Leszczewicz, których w 1999 r. Kościół zaliczył do pocztu błogosławionych.

Drogi ojców Jerzego Kaszyry i Antoniego Leszczewicza do świętości prowadziły przez Białoruś, Polskę, Litwę i Rosję. Obaj błogosławieni byli związani również z Wilnem. W Wileńskim Wyższym Seminarium Duchownym pobierał naukę o. Jerzy Kaszyra, a o. Antoni Leszczewicz urodził się we wsi Abramowszczyzna koło Nowej Wilejki. Pełnili duszpasterską posługę na terenie archidiecezji wileńskiej, z rąk abpa Romualda Jałbrzykowskiego otrzymali jesienią 1941 r. błogosławieństwo na pracę misyjną po drugiej stronie Dźwiny, na terenach Wschodniej Białorusi.

Religia na ziemiach wschodnich dzisiejszej Białorusi, które po układzie ryskim znalazły się pod władzą sowiecką, doznała szczególnie srogich prześladowań. Ślady „cywilizacji”, jaką przez 20 lat budowała tam nowa władza, były widoczne: zrujnowane lub przerobione na kluby świątynie Boże, pozbawieni księży wierni, spustoszenie w duszach ludzi, którym zabrano wiarę. Po 17 września 1939 r. i tzw. „zjednoczeniu” białoruskich ziem, na tereny Wileńszczyzny zza dawnej polsko-sowieckiej granicy zaczęli docierać pątnicy, szukający Boga. Z drugiego brzegu zachodniej Dźwiny najczęściej przybywali do miasteczka Druja, słynącego z działalności klasztoru ojców marianów i zakonnego domu sióstr eucharystek, założonych tu przez biskupa Jerzego Matulewicza. W okresie międzywojennym miasteczko Druja było na tamtych terenach ośrodkiem życia religijnego i kulturalnego.

Z opowiadań pielgrzymów o losach religii na niegdyś chrześcijańskich ziemiach wyłaniał się dramatyczny obraz tamtejszego Kościoła. Żeby zadośćuczynić potrzebom ludzi, starających się o wznowienie więzi z Bogiem, oo. marianie i ss. eucharystki już jesienią 1941 r. rozpoczęli przygotowania do pracy misyjnej za Dźwiną. Pierwsze cztery siostry dotarły do Rosicy we wrześniu, a w listopadzie przybył tam o. Antoni Leszczewicz. Wkrótce dołączyli do nich także inni zakonnicy. Misjonarze ogarnęli swoją pracą kilkanaście wsi, zaś jej centrum została Rosica. W trudnych warunkach wojennych wszędzie tam, gdzie docierali misjonarze, wiara powoli zaczęła odradzać się. Zakonnice i zakonnicy szli po wsiach, nauczając prawd wiary dzieci i dorosłych, szykując ich do przyjęcia sakramentów.

Oto jak wspominała o tej działalności misyjnej przełożona generalna ss. eucharystek Józefa Żuk: „Dorośli przychodzili na nauki wieczorem i słuchali ich 2-3 godziny. W tym samym czasie inna siostra w drugim domu lub pokoju uczyła młodzież. Kiedy kurs nauczania dobiegał końca, przyjeżdżali księża i przyjmowali egzamin. Nazajutrz rano spowiadali, chrzcili, udzielali ślubów i odprawiali Mszę św., w której brała udział cała wieś, razem z siostrami przyjmując Komunię św. Po wspólnym posiłku mieszkańcy ze łzami i śpiewem pieśni „Jezu, nie opuszczaj nas”, albo „Serdeczna Matko” żegnali misjonarzy, wyruszających do następnego punktu katechetycznego. I znów ludzie z radością przyjmowali siostry pod swój dach, dzieląc się z nimi dosłownie ostatnim kawałkiem czarnego chleba...”

Latem 1942 r. praca misyjna sióstr i księży stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Zaczęły krążyć pogłoski o planowanej karnej ekspedycji przeciwko partyzantom na terenach, objętych pracą misjonarzy. Opat klasztoru marianów i matka generalna zaproponowali więc misjonarzom przerwać działalność i wrócić do Drui. Temu rozkazowi oni nie ulegli i po powtórnej prośbie otrzymali pozwolenie na samodzielną decyzję. Jednak ani jeden z misjonarzy nie wyraził chęci powrotu, nawet gdy przed Bożym Narodzeniem o. Antoni został uprzedzony o początku ekspedycji.

Kleryk Henryk Tomaszewski wspomina rozmowę z o. Antonim w Dryssie, dokąd został wysłany z Drui, by ostrzec misjonarzy przed niebezpieczeństwem: „Długo musiałem przekonywać ojca o istniejącym zagrożeniu. On słuchał, uśmiechał się, trochę denerwował się, ale przekonać go mi się nie udało. - Ja muszę wrócić. Tam są ludzie. I prócz tego zostawiłem w kościele Przenajświętszy Sakrament. Nie mogę dopuścić, by Go znieważali. Tam też jest ojciec Jerzy. Jak mogę go zostawić w takim nieszczęściu? Wreszcie, żeby mnie uspokoić, dodał: zrobię wszystko, co niezbędne i jutro z o. Kaszyrą wrócimy tu. Nazajutrz rozstaliśmy się. On - do Rosicy, ja - do Drui. Widzieliśmy się po raz ostatni. - Trzymaj się. Módlcie się za nas. - Ojcze, wracaj jeszcze dziś do Dryssy. Jutro może być późno... To była niedziela. 14 lutego”.

Ze wspomnień naocznych świadków:

„We wtorek rano, 16 lutego, rozdzwoniły się dzwony. Niemcy spędzali do kościoła w Rosicy pierwsze grupy ludzi: matek z niemowlętami, dzieci, młodych i starych. Zapędzili tam i nas, siostry zakonne. W kościele - płacz, krzyk, rozpacz”. (Ze wspomnień s. Jadwigi Wirszuty).

„Żołnierze chwytali wszystkich, kto nie zdążył uciec. Spędzano ich do różnych pomieszczeń, zamykano, obrzucano granatami i podpalano. Z dziećmi uciekłam do lasu, ale głód i chłód zmusiły do powrotu. W tym samym dniu zjawili się Niemcy i popędzili nas do kościoła. Wkrótce zaczęły przybywać inne grupy. Z jedną szedł ksiądz i uspokajał ludzi. Szli ze świecami w ręku”.

„Z nami w kościele byli księża Antoni Leszczewicz i Jerzy Kaszyra. Odprawiali Mszę św., udzielali Komunii, spowiadali, chrzcili dzieci, błogosławili, pocieszali tych, kto był w rozpaczy, przynosili dzieciom chleb. Pomagały im w tym siostry eucharystki, które przedtem nauczały nas katechizmów”.

„Sztab ulokował się na plebanii i, z wyjątkiem Niemców, zachowywał się nieprzyzwoicie. Księży wypędzono z ich pokoi. Wszystkie zakonnice także zapędzono do kościoła, lecz później o. Antoniemu udało się je wyzwolić. Prosił je, by pracowały, ile będą mogły. One gotowały dla sztabu i ludzi, zamkniętych w kościele. Piekły chleb, jeden wypiek po drugim bez przerwy i nosiły ludziom i do sztabu. Księżom wolno było wchodzić i opuszczać kościół: uspokajali ludzi, przynosili jedzenie i wodę, wygłaszali kazania, chrzcili i cały czas spowiadali...”

„Żołnierze zaczęli dzielić ludzi na grupy: na prawą stronę kościoła - do obozu, na lewą - tych, którzy powinni pójść do ognia... Wybierano młode, w sile wieku kobiety - bo mężczyzn zabrali partyzanci - i wywożono. Wtedy zrozumiano, że pozostali muszą umrzeć. Ludzie jeszcze bardziej zaczęli garnąć się do spowiedzi i chrztu. W kościele, gdzie czekano na śmierć, brzmiały śpiew i modlitwy, panował ogólny zadziwiający spokój. Serce wzruszały śpiewy dzieci...”

„Niemcy chodzili po kościele i zbierali grupy ludzi, których później odwozili do szkoły i tam palili. Księża przynosili dzieciom chleb i wodę. Byli wolni... Koło południa zaczęto partiami wywozić ludzi, jak gdyby do obozu. Ale sanie nie jechały w kierunku stacji. Szybko wracały puste, a za kilka chwil domy zaczynały palić się... Na czwarty dzień księży w kościele już nie było. Niemcy rozkazywali im zostawić ludzi i wyjść z kościoła. Ale księża wciąż wstawiali się za ludźmi, tłumacząc, że ci nie są winni. Jeżeli ich zwolnicie - mówili - to i my wrócimy z nimi do domu, a jeżeli nie, to i my chcemy pozostać z nimi i nie zostawimy ich...”

„Księża dobrze wiedzieli o grożącym niebezpieczeństwie, lecz nie ratowali się ucieczką, nie zostawili swej owczarni, zostali tam do końca. W swoim pasterskim sumieniu powzięli decyzję, że jest to świętym obowiązkiem ich powołania. Zostali, żeby być dla nas pomocą. Uczynili to z miłości do Boga i bliźnich... ”.

Wpływ, jaki mieli księża na ludzi, przesądził o ich losie. Ojciec Antoni Leszczewicz zginął 17 lutego, następnego dnia rozstrzelano i spalono ojca Jerzego Kaszyrę. Siostry, na prośbę o. Antoniego, Niemcy odwieźli do Drui. Po kilku dniach od pacyfikacji siostry wróciły do Rosicy, gdzie na pogorzeliskach znalazły szczątki zwęglonych ciał, wśród nich - rękę z różańcem. W Rosicy zginęło ponad 1100 niewinnych osób.

Człowiek człowiekowi potrafił zgotować piekło na ziemi. Ale w tym samym czasie inny człowiek umierając zwyciężył nienawiść ogromem swej miłości, składając ofiarę własnego życia.

„Jestem głęboko przekonana, że zmiany, jakie zachodzą teraz na tej ziemi, że wolność religijna i odrodzenie wiary, dane dlań przez Boga są także wynikiem męczeńskiej śmierci tych księży” - tak napisała w swoich wspomnieniach siostra eucharystka Paulina Łatyszkiewicz, naoczny świadek tragedii Rosicy.

Opr. Czesława Paczkowska

 

Antoni Leszczewicz MIC (ur. 30 września 1890 w Abramowszczyźnie, zm. 18 lutego 1943 w Rosicy) – polski duchowny katolicki, błogosławiony Kościoła katolickiego.
Syn Jana i Karoliny Sadowskiej. W 1909 wstąpił do seminarium duchownego w Petersburgu. Święcenia kapłańskie przyjął 13 kwietnia 1914. Był wikariuszem, nauczycielem religii i łaciny oraz proboszczem w Irkucku, Czycie i Harbinie. Pod koniec 1937 wyjechał do Japonii, a na początku 1938 był w Rzymie. W 1939 wstąpił do nowicjatu Zgromadzenia Księży Marianów w Drui i Skórcu. W nowicjacie obchodził 25 lecie kapłaństwa, a 13 czerwca 1939 złożył śluby zakonne. Ponownie wyjechał do Drui, by zająć się duszpasterstwem w tamtejszej parafii. Już podczas okupacji niemieckiej wraz z późniejszym błogosławionym ks. Jerzym Kaszyrą MIC wyruszył za Dźwinę na misje. Był przełożonym grupy misyjnej i sióstr eucharystek na terenie BSRR w Rosicy k/ Dryssy.

Rząd polski uhonorował w 1934 roku ks. Antoniego Leszczewicza Srebrnym Krzyżem Zasługi, za jego działalność na rzecz biednych.

Po wybuchu II wojny światowej przeżył okupację sowiecką, a po 1941 znalazł się na terenach przejętych przez Niemców. Dnia 17 lutego 1943 został żywcem spalony przez Niemców w stajni w Rosicy, wraz z grupą wiernych. Ks. Leszczewicz nie opuścił swoich wiernych pomimo, że był ostrzeżony o pacyfikacji.

 

Bł. Jerzy Kaszyra MIC (ur. 4 kwietnia 1904 w gminie Aleksandrowo, zm. 18 lutego 1943 r. w Rosicy) – polski duchowny katolicki, marianin, męczennik, błogosławiony Kościoła rzymskokatolickiego.
Urodził się w rodzinie prawosławnej, jednak jego matka w 1907 przyjęła katolicyzm. W 1922 zgłosił się do seminarium księży marianów w Drui. Śluby zakonne złożył 2 sierpnia 1926, a po studiach filozoficznych w Rzymie i teologicznych w Wilnie, 20 czerwca 1935 roku przyjął święcenia kapłańskie. Pracował w parafiach mariańskich na Litwie i w Polsce jako wychowawca młodzieży i kleryków oraz przełożony klasztoru. W 1942 roku wyruszył wraz z bł. ks. Antonim Leszczewiczem do Rosicy, gdzie rozpoczęli misję wśród tamtejszej ludności. Dnia 17 lutego 1943 został żywcem spalony przez Niemców w stajni w Rosicy, wraz z grupą wiernych ks. Leszczewicz. Następnego dnia druga grupa ludzi została zamknięta przez nazistów w domu niedaleko drogi, dom oblano benzyną i podpalono. Z tą grupą ludzi był ks. Jerzy Koszyra. W Rosicy łącznie zostało spalonych 1528 osób, przed tym byli oni trzymani w ciągu trzech dni w kościele bez jedzenia i picia.

Zostali beatyfikowani przez papieża Jana Pawła II 13 czerwca 1999 w grupie 108 błogosławionych polskich męczenników okresu II wojny światowej. Pierwszym w Polsce miejscem kultu dedykowanym tym Męczennikom jest kaplica 108 Męczenników w Bazylice Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej; tam też znajduje się obraz beatyfikacyjny.

Ks. Chaslau Kurechka MIC

Ks. Chaslau Kurechka MIC

rektor rezydencji

Pozostałe placówki